Brand`s Brain International Challenge - Tajlandia 2013
18.08.2013Relacja naszego mistrza, Jana Mrozowskiego z 7 edycji zawodów rozgrywanych w Bangkoku.
Wycieczka od początku nie układała się po mojej myśli. Pominę szczegóły 1-dniowego opóźnienia bagażu i jak się później okazało – również jego uszkodzenie. Bądź, co bądź – ta niedogodność na pewno miała spory wpływ na moje samopoczucie zwłaszcza przez pierwszy dzień pobytu, który chciałem przeznaczyć na aklimatyzację. Pełen rozdrażnienia brakiem swoich rzeczy osobistych, wysiadłem na docelowej stacji kolei Airport Air Link – Ratchaparok Station. Po zejściu dwóch pięter w dół na poziom ulicy, od razu miałem ochotę zawrócić, ze względu na niesamowity odór jaki unosił się nad dzielnicą Pratunam. Z na wpół wstrzymanym oddechem udało mi się dobrnąć do zarezerwowanego wcześniej hotelu, który jak się okazało – znajdował się na samym końcu ślepej, wąskiej uliczki. Oliwy do ognia dodał jeszcze brak Internetu w pokoju (jak się później okazało –odbiór bliżej recepcji był znacznie lepszy). To wszystko sprawiło, że ostatnią moją myślą przed zaśnięciem było: „zrobić swoje i uciekać stąd jak najdalej”.
Następnego dnia wybrałem się na krótkie zwiedzanie okolicy, wliczając w to przetarcie szlaku hotel - miejsce zawodów. Do miejscowych „zapachów” powoli zaczynałem się przyzwyczajać. Po drodze testowałem dość tanie i wcale dobre „jedzenie z ulicy”, w tym lokalne przysmaki. Podstawą mojej diety pozostał jednak powszechnie dostępny również w Polsce ryż z kurczakiem, którego porcję można było kupić za jedyne 3 zł.
Zawody odbywały się w centrum handlowo – rozrywkowym Siam Paragon Shopping Complex. O ile pierwsza rudna była rozgrywana w warunkach jakie powinny na takich zawodach panować – zamknięte pomieszczenie w miarę dobrze wyciszone, o tyle rundy 2-5 miały miejsce na środku hallu galerii handlowej. Ciężko mi to było sobie wcześniej wyobrazić, ale jednak funkcjonuje to w taki sposób już siódmy rok.
W dzień zawodów, kiedy tylko wszedłem na piąte piętro zauważyłem tłum Tajów czekających na swoją szansę w zawodach. Gdzieś hen daleko za tym tłumem –znajdowały się drzwi do głównej hali rozgrywek. Wśród takiej masy uczestników nietrudno było o bałagan – wystarczy spojrzeć na zdjęcia. Ciężko było kogokolwiek spytać gdzie można się zarejestrować, bo nawet ludzie z obsługi nie mówili po angielsku. Dobrze, że spotkałem znanego mi z BIST Singapurczyka, który skierował mnie we właściwe miejsce. Przy rejestracji spotkała mnie niemiła niespodzianka – organizatorzy policzyli sobie wpisowe, o którym wcześniej nic nie wiedziałem, w wysokości 80 dolarów – czyli wcale niemało. Ale cóż mogłem zrobić - nie zapłacę to mnie nie dopuszczą do zawodów, więc nawet nie było sensu się kłócić.
Cała impreza nosiła nazwę Brand`s Brain International Challenge i obejmowała kilka konkurencji. Sudoku stanowiło jedynie jeden z drobnych dodatków do dwóch najbardziej obsadzonych gier – Crossword (bardziej chyba znane jako Scrabble) oraz A Math (odmiana scrabble, tyle że zamiast słów trzeba układać poprawne równania matematyczne). Ta ostatnia aktywność była szczególnie popularna wśród tajskiej młodzieży. Na zdjęciach można zobaczyć jak dużo dzieci brało udział. Zawody Sudoku w kategorii open zgromadziły około 50 uczestników. Co do samego sudoku – nie jest to sport, w którym niespodzianki są czymś powszechnym, więc od początku można było się domyślać między kim rozegra się walka o miejsca w finale.
Faza zasadnicza zawodów sudokowych składała się z 5 rund. Każda z rund –podobnie jak w Mistrzostwach Polski i Mistrzostwach Świata zawierała kilka zadań. W każdej rundzie pojawiło się jedno zadanie, które było znacznie trudniejsze od pozostałych, a nie było warte dużo więcej punktów. Właściwie od tego zadania zależało, czy któryś z faworytów ukończy rundę przed czasem, czy nie. Mnie ta sztuka udała się w 3 z 5 rund. Spore uchybienia dotyczyły zbierania arkuszy z zadaniami po skończonej rundzie. Bywało, że zanim ktoś ze staffu podszedł do zawodnika, upłynęła już dobra minuta od końca rundy. Poza tym oddawanie prac przed czasem wyglądało tak, że kto skończył musiał się na własnych nogach udać do stolika sędziowskiego i oddać pracę. Liczył się zatem czas podejścia do stolika, a nie rzeczywistego ukończenia wszystkich zadań. Sporo moich kontrowersji wzbudzał również dobór punktacji, nie tylko jeśli chodzi o najtrudniejsze zadania w poszczególnych rundach. Po wyżej opisanym wyścigu po sudokowych koleinach, wyłoniła się piątka finalistów, co ciekawe każdy z innego kraju – Polska, Japonia, Malezja, Tajlandia i Tajwan.
Formuła finału według mnie również pozostawiała wiele do życzenia. Był bardziej loteryjny niż seria rzutów karnych. Polegał na rozwiązaniu jednego diagramu sudoku samurai, limit – 20 minut. Plansza była duża, ale niedrukowana. Była zrobiona z czegoś podobnego do kartonu, o bardzo śliskiej powierzchni, a dane cyfry w diagramie były wpisane doń ręcznie! Po komendzie start zawodnikom akompaniowała puszczana bardzo głośno i w kółko (powiedziałbym – aż do znudzenia) znana piosenka zespołu Europe –„The Final Countdown”, oraz dosyć wymuszone komentarze sprawozdawców (bo jak tu relacjonować rozwiązywanie diagramu sudoku?). Ciężko było w takich warunkach się skoncentrować, ale nie ma co narzekać, bo inni wcale lepiej nie mieli. Zadanie było naprawdę trudne. Drugi po fazie zasadniczej - Japończyk Kota Morinishi ukończył je w czasie ok. 17 minut. Ponieważ ja nie miałem za wiele zrobione, a było powiedziane, że w drugiej kolejności liczą się jedynie dobrze wpisane cyfry – zacząłem strzelać we wszystkich możliwych miejscach. Taktyka ta okazała się opłacalna, bo wyprzedziłem reprezentanta Tajwanu Tung Yi Wu zaledwie o 5 cyferek. Nie wiem czemu inni finaliści nie strzelali, tylko próbowali rozwiązywać logicznie do końca przeznaczonego czasu. To pokazuje, jak czasem dużo daje dobre zrozumienie zasad i odpowiednie podejście taktyczne poparte doświadczeniem. Po finale spotkała mnie kolejna niemiła niespodzianka finansowa - podatek od wygranej, równy 5% kwoty, o którym również wcześniej nie było mowy. Wiadomo, że zawsze jakiś podatek od wygranej się należy, ale np. na zawodach Beijing Inetrnational Sudoku Tournament w Pekinie organizatorzy potrafili podatek wliczyć wcześniej i podać kwoty nagród bez ukrytych uszczupleń. Ale podobnie jak w przypadku wpisowego – również nie warto było się kłócić.
Reasumując wyjazd uznaję za niezbyt udany. Bangkok, jako miasto za bardzo mi się nie podobał – a może po prostu chodziłem nie po tych dzielnicach co trzeba. Czy za rok się zdecyduję na udział – pewnie tak, nawet jeśli nie zmieni się formuła finału, o czym rozmawiałem z jednym z organizatorów.
Jan Mrozowski


